czwartek, 24 listopada 2016

Vanille & Cocos od Balea

Hej Żabki! U mnie dzisiaj cały dzień słoneczko i około 15 stopni. Poczułam trochę wiosnę :) Jak dla mnie mogłaby być taka zima cały czas. A jak u Was z pogodą? Nie przedłużając jak zawsze, przechodzę od razu do tematu a mianowicie.. dzisiaj o produktach Balea. Zainteresowanych zapraszam dalej :)


Jako, że mieszkam w Niemczech, mam tą niezwykłą przyjemność dostępu do kosmetyków Balea na co dzień. Mogę sobie obwąchać wszystkie zapachy przed zakupem bez stresu, że coś nie będzie mi pasowało. Akurat w tym przypadku zapachowym nie miałabym wątpliwości, bo to zdecydowanie jedne z moich ulubionych woni. Jednak jest wiele zapachów, które mi nie podchodzą, dlatego dla mnie to duże udogodnienie obejrzeć wszystko stacjonarnie :) Poza tym zawsze oglądałam tylko te produkty u Was na blogach, nad czym ubolewałam ale nie miałam gdzie ich kupić. Jednak to się zmieniło z czego się bardzo cieszę :)


Produktami, które dziś zrecenzuję będą: Balsam do ciała Balea Vanille & Cocos 500ml (1,90e) oraz Żel pod prysznic Balea Vanille & Cocos 300ml (0,55e).


Zacznę od balsamu do ciała, który prezentuje się następująco:


Od producenta:



Moja opinia: 

Zacznę jak zawsze od opakowania. Jest to moja druga w kolei, po dozowniku, ulubiona forma w jakiej może być balsam. Głównym powodem jest to, że na pewno na maxa wykorzystamy ten produkt, nie trzeba odwracać butelki, czekać aż spłyną resztki ani inne ceregiele. Dodatkowo produkt zabezpieczony jest folią, dzięki czemu mamy pewność, że nikt przed nami go nie używał. Balsam ma aż 500ml pojemności, czyli całkiem sporo jak za niecałe 2 euro. Jeśli chodzi o grafikę jest w porządku, nie robi wow ale nie odpycha. Konsystencja produktu jest dosyć rzadka, myślę, że lepiej nadałby się w lato. Kolor balsamu biały. Zapach jest przecudowny, wanilia i kokos, czy może być lepsze połączenie? Gdyby jeszcze z tym w parze szła jego trwałość byłoby idealnie. Niestety tak nie jest. Zapach utrzymuje się na skórze dosyć krótko. Kiedy balsamuję się wieczorem po kąpieli, rano już nic nie czuję :( Nawilżenie nie jest jakieś super choć kondycja moich nóżek trochę się poprawiła, jednak używam na zmianę różnych balsamów i nie wiem czy to akurat dzięki niemu :) Balsam na pewno jest bardzo wydajny, używam go już jakiś czas a praktycznie nic nie ubyło. Jeżeli nie macie bardzo wymagającej skóry to spisze się u Was idealnie. Uwielbiam się nim balsamować ze względu na ten przepiękny zapach ♡




A teraz przyszła kolej na żel pod prysznic, który prezentuję się tak:


Od producenta:


Moja opinia:

Opakowanie standardowe jak przy żelach pod prysznic. Otwieranie na klik, poręczne. Otwiera się bez problemu mokrymi rękoma. Grafika prosta, bez żadnego wow. Sam produkt jest biały o rzadkiej konsystencji. Pachnie identycznie jak balsam z tej samej serii, dzięki czemu kąpiel z nim to podwójna przyjemność. W butelce znajduje się 300ml produktu, za taką pojemność płacimy 0,55euro. Czyli tanioszka jak dla mnie. Jeśli chodzi o działanie to robi swoje. Myje, dobrze się pieni, wyciskam go dosyć dużo ale to dlatego, że nie używam myjki :) Zapach nie utrzymuje się na skórze długo, nie jest mega intensywny. Jednak pokochałam ten żel ze względu na zapach i będę testowała inne warianty, już niedługo recenzja kolejnego tym razem perełka jak nic!


Miałyście produkty od Balea? Jakie jest Wasze zdanie? Ponawiam również pytanie odnośnie dezodorantów z Balea, czy ktoś coś może polecić? Bardzo dziękuje za odpowiedzi :) Miłego czwartku Miśki :)

wtorek, 22 listopada 2016

Nowe gadżety do kuchni oraz kilka drobiazgów kosmetycznych czyli moje ostatnie zakupy

Cześć Misie! Jak u Was? Znowu zaniedbałam trochę bloga, wiem. Ale powiem Wam szczerze, że nie sądziłam, iż będę miała tyle pracy przy tym kursie języka. Wcześniej słowo intensywny nie zwróciło mojej uwagi, teraz je dostrzegam. Przychodzę do domu koło 13 ale zazwyczaj pierwsze co muszę wziąć się za sprzątanie lub chociaż ogarnięcie. Później robi mi się nagle 15 i czas wziąć się za obiad. Potem mój Mąż wraca z pracy, gadka szmatka, tv, w przelocie odrabiam prace domowe i tak co dzień. Stwierdziłam, że po prostu nie ma sensu się Wam za każdym razem tłumaczyć, obiecuje to już ostatni raz! Informuję Was, że notki będą pojawiać się po prostu rzadziej niż co 2 dzień :) Ufff. Koniec marudzenia i wszystkiego innego niezwiązanego z blogiem. Dzisiaj bardzo luźna notka a mianowicie gadżety do kuchni i kilka kosmetyków, którymi chcę się pochwalić :) Zapraszam dalej :)


Zacznę od spraw kosmetycznych. Wybrałam się wczoraj do drogerii DM po kursie. W sumie tylko po dezodorant ale nie mogłam przejść obojętnie obok produktów Balea. W moim koszyku wylądowało mydło do rąk Pitaya & Kokos (uzupełnienie do dozownika) za 0,55 centa oraz żel pod prysznic z olejkiem za 0,95 centa. Jest cudowny, musiałam go od razu użyć. Niedługo będzie jego recenzja :) No i oczywiście dezodorant z Garniera (1,45 euro)  z którym się nie rozstaje. Zastanawiałam się nad czymś od Balea ale pomyślałam, że spytam najpierw Was o opinię. Miałyście kiedyś jakiś dezodorant od nich? Bardzo zależy mi na jakiejś sensownej opinii :)


Idę zadowolona do kasy z moimi produktami i pakuje rzeczy do reklamówki. Oczywiście nie zdążyłam spakować wszystkiego przez zapłatą więc płace, kładę portfel tam gdzie spadają wszystkie zakupy nie wiem jak to się nazywa :D, i wracam z powrotem do pakowania zanim Pani wyda mi resztę żeby jak najszybciej zrobić miejsce następnym klientom. Tak się zakręciłam dziewczyny, że zostawiłam tam ten portfel! Zorientowałam się dopiero w Kiku. Opanowała mnie totalna panika, miałam tam wszystko: dowód, prawo jazdy, bilet miesięczny i około 50 euro! Wybiegłam dosłownie z Kika i wróciłam do drogerii, Bogu dzięki na kasie siedziała ta sama babeczka. Jakimś cudem udało mi się z nią dogadać i wydukać, że szukam portfela :D Na szczęście nikt go nie ukradł i czekał na mnie na zapleczu ale stres niesamowity :) Nawet nie chce myśleć co by było gdyby ktoś inny go wziął lub Pani na kasie była niemiła i sobie go zawłaszczyła. Dodam, że nic nie zginęło, wszystkie pieniądze były. Wierze jeszcze w ludzi!! :)


Po całej tej akcji musiałam wyluzować i wróciłam do Kika. Szukałam klamereczek do zapięcia właśnie takich otwartych opakowań kawy i znalazłam jak widać na zdjęciu. W paczce były 4 sztuki, kosztowały 1,60 euro. W domu zorientowałam się dopiero, że z tyłu mają magnes :)



Cappuccino to również mój nowy nabytek. Zapomniałam, że w ogóle takowe istnieje ale jak zobaczyłam w sklepie musiałam je mieć! :) Idealne na długie wieczory pod kocem z książką w ręce :) Cena lekko ponad 3 euro.


Szkoda, ze wcześniej nie zauważyłam magnesu na tyłach klamereczek bo nie kupowałabym już dodatkowo tych małych magnesików :) Ale stwierdziłam, że w takim wypadku klamerki będą robiły za spinacze a magnesy wylądują na lodówce :) W paczce 4 sztuki, 4 kolory za jedyne 1 euro!




Okej ostatnim już produktem jaki kupiłam jest sznurek w brązowym kolorze. Kupiłam go z zamysłem zawieszenia drewnianych serduszek ale na pewno znajdzie zastosowanie w wielu rzeczach np. przy pakowaniu prezentów :) 100m = 1 euro :)



Na koniec chciałabym jeszcze Wam wszystkim podziękować za to, że tu jesteście. Nie sądziłam, że uzbiera Was się aż tyle. Niedawno wybiła 9 z przodu obserwujących - dziękuje Kochani :) Bardzo proszę napiszcie jeśli miałyście do czynienia z dezodorantami od Balea są dużo tańsze i jestem ich ciekawa i waszych opinii. Jak podobają Wam się moje mini zakupy? Co ostatnio sobie kupiłyście na poprawę humoru? :) Miłego popołudnia :)

czwartek, 17 listopada 2016

Oczyszczanie twarzy z Ziają

Hejka Słoneczka! Jak u Was? Jutro już piąteczek i tym samym pierwszy tydzień szkoły za mną :) Nawet nie wiem kiedy to przeleciało, dni uciekają mi teraz w mgnieniu oka. Z tego też względu dopiero dziś piszę post, miał być wczoraj ale w praniu wyskoczyło mi jeszcze parę rzeczy - rozumiecie :) Dzisiaj miałam trochę intensywny dzień. Po pierwsze szkoła a mianowicie od Poniedziałku do Środy mamy zajęcia z jedną babeczką a w Czwartek i Piątek z drugą. No za cholerę nic nie rozumiem tej drugiej, mówi tak szybko i niezrozumiale a do tego słabo tłumaczy i gestykuluje - ogółem pierwszy dzień z nią dla mnie katastrofa! Po drugie. Obiecałam siostrze, że napiszę jej prace zaliczeniową z wosu do liceum zaocznego no i tak przekładałam przekładałam, że termin był na wczoraj. Jak się domyślacie dziś po szkole musiałam siąść do tego i na szybko ogarnąć temat. No i tak zastała mnie 15, obiad następna godzina, zanim zjadłam to mamy po 16 :) Szczerze, znowu miałam odłożyć posta na jutro, bo mam jeszcze sporo zadane ze szkoły ale no kurde ileż będę przekładała!! A dzisiaj produkt, który znany jest chyba przez każdego i przedstawiać go nie muszę :) Zapraszam do dalszej części posta :) 


Pasta do głębokiego oczyszczania twarzy przeciw zaskórnikom od Ziaji. Jest ktoś kto nie zna? 

Od producenta: 


Skład:



Moja opinia:

Zacznę standardowo od opakowania. Jest białe, estetyczne, grafika praktycznie zerowa ale ja lubię taki minimalizm. Wszystkie potrzebne informacje znajdziemy na opakowaniu, co zresztą możecie zobaczyć na pierwszych zdjęciach. Tubka zawiera 75ml produktu. Za taką pojemność zapłacić musimy aktualnie 5,99zł. Zamykanie na klik, otwiera się bez problemu mokrymi rękoma także dla mnie plus, bo często używam tej pasty w wannie. Jeśli chodzi o termin jaki mamy na jej zużycie, widoczny jest na zgrzewie na samej górze, w moim wypadku jest to 10 2018. Czyli bardzo długo, kupiłam ją już jakieś pół roku do tyłu :) 


Jeśli chodzi o konsystencję pasta jest biała i zbita, zawiera dużo drobinek w odcieniach niebiesko-zielonych. Według mnie jest to taki mocniejszy zdzierak. Kiedy nakładam ją na twarz, czuję, że coś się dzieje. Pasta dokładnie oczyszcza twarz, po zmyciu delikatnie ją ściąga. Dla mnie oznacza to tylko jedno: DZIAŁA! 


 

Skóra po jej użyciu jest jak pupcia niemowlęcia, naprawdę! Jak przejeżdżam po niej dłonią to aż żal przestawać :P Po codziennym stosowaniu rano i wieczorem zauważyłam, że kondycja mojej skóry na twarzy się poprawiła. Mam mniej syfów i innych niechcianych gości ogółem mówiąc. Dodam, że pastę używam teraz od jakiegoś tygodnia regularnie. Miałam ją już kiedyś dawniej i sprawdziła się u mnie. Nie wiem czemu jej nie kupiłam. Prawdopodobnie miałam jakiś zapas. Już się nie mogę doczekać efektów po dłuższym czasie! 


Szczerze Wam powiem, że już się chyba nie rozstanę z tym produktem. Wiele z Was już go pewnie zna i używa :) Miałam kiedyś jeszcze tonik z tej serii, był całkiem w porządku i chyba do niego również wrócę. Ale to jak będę w Polsce :) 


Macie/miałyście to cudeńko? Co o nim myślicie? Jak się u Was spisał? Jestem ciekawa Waszych opinii!! :) Życzę Wam miłego popołudnia i wieczoru :)

poniedziałek, 14 listopada 2016

Nutra Effects Radiance od Avon

Cześć Kobietki! Znowu nie było mnie ze 4 dni a czuje się jakby minął co najmniej tydzień! Miałam strasznie leniwy weekend tzn. mój facet miał a mi się udzieliło. Dzisiaj był mój pierwszy dzień w szkole. Już wczoraj wieczorem i w nocy tak się stresowałam lub ekscytowałam (sama nie wiem), że nie mogłam zasnąć, budziłam się, nie mogłam ułożyć itd. Nie wiem czy to normalne? Też tak macie? Oczywiście wszystko niepotrzebnie bo jak się okazało nie tylko ja jestem zielona, choć na początku nie powiem, miałam wątpliwości co ja tam robię i czy oby na pewno dobrze trafiłam. Wyszłam w końcu z domu i wiecie co? To jest na prawdę błogosławieństwo, od razu jestem innym człowiekiem, mam lepszy humor. Sama ostatnimi dniami byłam już na siebie zła jak właziłam na swojego Kochanego i obrywał za nic. Siedzenie w domu naprawdę może doprowadzić człowieka do szału. Wiem to z własnego doświadczenia i bardzo nie polecam na dłuższą metę. No dobra, trochę się Wam wyżaliłam więc już czas najwyższy przejść do dzisiejszego tematu posta jakim jest Nutra Effects Radiance od Avon. Zainteresowanych zapraszam dalej :)


Na początku chcę zaznaczyć, że krem kupiłam głównie dlatego, że miał naprawdę świetną cenę, o ile nie było tak, że miałam go za darmo z racji bycia konsultantką (nie pamiętam już dokładnie). W tamtym okresie co dziennie miałam na sobie makijaż więc taki krem nie był mi potrzebny. Najpierw chciałam go komuś oddać ale ostatecznie został w mojej kosmetyczce i tak naprawdę zaczęłam go używać niedawno, bo od kiedy mieszkam w Niemczech. Siedząc tutaj w domu przez te kilka miesięcy nie nakładałam co dziennie makijażu tylko właśnie krem :)


Od producenta:

Rozświetlająco-nawilżający krem na dzień przywracający cerze zdrowy i promienny wygląd. Zawiera SPF 20. Odpowiedni dla każdego typu cery.


  • rozświetla skórę
  • pomaga zmniejszać widoczność przebarwień
  • odpowiednio nawilża

Jak działa:

Formuła z aktywnym kompleksem na bazie nasion strelicji, jednego z najpiękniejszych egzotycznych kwiatów. Wyciąg z nasion sterlicji wspaniale wyrównuje koloryt, przywracając cerze promienny i zdrowy blask. Formuła nawilża i pomaga zmniejszać widoczność przebarwień, sprawiając, że zmęczona i szara skóra odzyskuje promienny i zdrowy wygląd. Nie zatyka porów. Hipoalergiczny. Testowany dermatologicznie, alergologicznie i klinicznie. Odpowiedni dla skóry wrażliwej. Zawiera ochronę SPF 20.

Jak stosować:

Stosuj raz dziennie, rano, na oczyszczoną skórę twarzy i szyi.


Moja opinia:

Krem początkowo znajdował się w kartonowym pudełeczku, które od razu poszło do kosza, no cóż wtedy jeszcze nawet nie miałam w planach zakładać bloga. Tak czy siak wszystkie obszerniejsze informacje znajdowały się właśnie na nim. Opakowanie jest szklane z plastikową zakrętką. W środku znajdziemy 50ml kremu. Za taką pojemność zapłacić musimy w granicach ok. 20zł. Aktualna cena to 14,99zł ale to się waha. Nasz produkt ważny jest 12 miesięcy od otwarcia. Krem jest w kolorze białym. Jeśli chodzi o konsystencję to jest naprawdę lekka, nie zostawia żadnych nieprzyjemnych filtrów na twarzy, szybko się wchłania. Zapach naprawdę mi się podoba choć ciężko mi go opisać.


Krem ma za zadanie rozświetlić i nawilżyć naszą cerę oraz wyrównać jej koloryt. Jak z realizacją tychże obietnic? Powiem Wam szczerze, że nie stosowałam kremu dzień w dzień bo czasami mi się nie chciało bądź zastępowałam go zwykłym Nieva. Tak czy siak nie zauważyłam jakiegoś głębszego nawilżenia mojej skóry ale jeśli godzi o rozświetlenie to i owszem. Moja cera wygląda na zdrowszą i jestem z tego efektu zadowolona. Jeśli chodzi o koloryt myślę, że tutaj też troszeczkę się poprawiło ale naprawdę minimalnie.


Krem jak krem. Teraz już wracam z powrotem do życia i do codziennego make up'u więc pewnie pójdzie w odstawkę. Nie zachwycił mnie tak, że musiałabym mieć go znowu. No chyba że byłaby okazja dostania go bądź wypróbowania innego produktu z tej serii (bo są chyba trzy o ile się nie mylę). W każdym bądź razie w najbliższej przyszłości nie planuję jego zakupu. Jeszcze mam resztę i muszę ją wykończyć :P


Miałyście kiedyś do czynienia z tym kremem? Wiem, że wiele z Was nie lubi tej firmy, tym razem i ja jestem średnio zadowolona z kosmetyku od nich. Jaka jest Wasza opinia? A może miałyście inne produkty z tej serii i Wam się sprawdziły? Piszcie śmiało! :) Ja zmykam podszykować obiad i uwaga.. do lekcji! :)


Miłego Poniedziałkowego popołudnia :)

środa, 9 listopada 2016

Intima Liasan czyli niemiecki żel do higieny intymnej z olejem z nasion bawełny

Hej Piękne! Ja kolejny dzień z rzędu budzę się o 7 rano po czym zasypiam sobie tak, że wstaję po 9 i jestem totalnie nie do życia. Potrzebuję z godzinę żeby dojść do siebie i wziąć się do roboty. Sama jestem na siebie o to zła ale nie widzi mi się wstawać tak wcześnie kiedy nie muszę iść do pracy ani w ogóle nigdzie. Nie wyobrażacie sobie jak wielka jest moja radość na myśl o szkole. Cholerka, nigdy w życiu bym nie pomyślała, że będę się tak cieszyła z takiej małej rzeczy na którą kiedyś wiecznie narzekałam. U mnie dziś pochmurno ale przewidują w pogodzie słoneczko, także czekam z niecierpliwością. Po południu wybieramy się do centrum, po mój bilecik miesięczny na tramwaj oraz na jakieś niezdrowe żarełko w zamian za obiad. Coś czuję, że dużo za dużo dziś zjem, nie lubię pierwszego dnia okresu. Też tak macie? Ja jem na potęgę. Masakra. Dzisiaj mam dla Was recenzję niemieckiego żelu do higieny intymnej, dodawałam już wcześniej jego foto a teraz przyszedł czas na kilka słów. Zainteresowanych zapraszam dalej :)


Od producenta: 
Reinigt sanft, da sie seifenfrei und alkoholfrei ist. Sie unterstützt den natürlichen Schutzschild des Intimbereichs, da sie optimal auf dessen niedrigen pH-Wert abgestimmt ist. Durch beruhigende Wirkstoffe des Baumwollsamenöls besonders für empfindliche Haut geeignet. Hautverträglichkeit dermatologisch und gynäkologisch getestet. Zur täglichen Anwendung.
czyli: 

Delikatnie oczyszcza, bez mydła i alkoholu. Wspomaga naturalną osłonę strefy intymnej, jest optymalnie dostosowany  do jego niskiego pH. Zawiera odpowiednio uspakajające środki oleju z nasion bawełny. Zwłaszcza dla skóry wrażliwej. Testowany dermatologicznie i ginekologicznie. Do codziennego użytku.
(tłumaczyłam za pomocą tłumacza Google, proszę o wyrozumiałość)


Moja opinia: 

Zacznę od tego, że produkt ten kupiłam totalnie w ciemno. Skończył mi się żel do higieny intymnej a że jechałam akurat do reala na zwykłe spożywcze zakupy stwierdziłam że obczaję temat. Wybór był mały ale nie miałam wyjścia. Z pośród kilku buteleczek zrobiłam losowanie można powiedzieć. I tak oto padło na ten żel. Jeśli chodzi o opakowanie to nie jestem nim zbytnio zachwycona. Jest dosyć przejrzyste, grafika nie trafia zbytnio w moje gusta ale jest to tylko żel do higieny intymnej, który i tak miałam zamiar przelać do opakowania po Ziajce z pompką. Pompka jest o wiele wygodniejszą opcją dla mnie, szczególnie przy takim produkcie.


W środku znajduje się 500ml płynu. Termin jego ważności to 12 miesięcy od otwarcia. Cena tego płynu to 4,59 € czyli gdybyśmy to przeliczyły na złotówki zakręci się koło 20zł. Czyli jak dla mnie całkiem sporo, nawet jak na taką pojemność. Ziajkę o tej samej wielkości kupuję za 8-9zł. Różnica w cenie jest i to dwukrotna. Jeśli chodzi o sam płyn, konsystencja żelowa oczywiście, dosyć wodnisty. Kolor bezbarwny. Zapach.. Wąchając produkt w sklepie (tez tak macie?:D) z wszystkich dostępnych wydawał się najlepszy. Jednak już po pierwszym stosowaniu zapach całkowicie odbiegał od tego, który czułam na początku. Na prawdę mnie odrzuca. Nie potrafię Wam nawet określić co czuję, może to ten olej z nasion bawełny? Nie wiem jak pachnie ale całkiem możliwe. Pożałowałam, że wzięłam tak ogromną butelkę, bo teraz muszę ją wykończyć bo za taką cenę naprawdę szkoda mi tego wyrzucić.


Jeśli chodzi o samo działanie, to nie można mu nic zarzucić. Radzi sobie świetnie, oczyszcza, nie podrażnia, nie szczypie. Nie wystąpiło u mnie żadne uczulenie ani nic w tym stylu. Ale jak dla mnie daje zbyt małe uczucie świeżości, może to przez ten zapach, który u mnie gra dużą rolę, naprawdę. Jak coś mi brzydko pachnie to tego nie polubię choćby nie wiem co.


Jak się możecie domyślić, czekam niemiłosiernie aż buteleczka się skończy, choć nie wiem czy zużyłam choćby połowę. Czyli można powiedzieć, że jest także wydajny czego w tym momencie żałuje. Oczywiście nie kupię go ponownie ze względu na zapach. Ale będę szukała dalej swojego niemieckiego ideału w żelu do higieny intymnej a jak się poddam to pojadę do Polski po zapasy Ziajki!


Jakie płyny stosujecie do higieny intymnej? A może któraś z Wam miała ten żel co ja? Jak go oceniacie? Piszcie w komentarzach! Buziaki! :)

poniedziałek, 7 listopada 2016

Moje zdobycze z Second Hand + małe zakupy w Kiku

Hej Myszki! Jak u Was po weekendzie? My wybraliśmy się w końcu, z nowymi znajomymi, na miasto w sobotę wieczorem, posiedzieć w barze, pogadać - naprawdę udany wypad. Brakowało mi tu tego. Choć niedziela w połowie przespana, czego bardzo nie lubię, nie żałuję. Dzisiaj wstałam z mega zapałem do pracy. Od rana latam jak szalona, sprzątam, piorę pościele i takie różne ogarnianie po weekendzie. No i oczywiście przygotowałam dla Was post. Dzisiaj coś czego jest naprawdę u mnie mało, czyli ciuszki. Głównie dzieję się tak ze względu na to, że nie mam osoby, która mogłaby porobić fotki mi i moim stylizacjom. Dlatego też, chciałabym Wam dzisiaj przedstawić mały przegląd ciuchów, które upolowałam w lumpeksie. Kiedyś częściej po nich chodziłam teraz nie mam sposobności. Aa no i na koniec pokaże Wam moje małe zakupy z Kika. No to zapraszam do oglądania :)


Sweterek na jesień oraz zimę z elementami białej koronki. Kupiłam go dosyć dużego ale siostra mi go zwęziła i teraz jest okej. Zapłaciłam za niego 7zł.


Sweterek super cieplutki, typu oversize. Kupiłam go też w większym rozmiarze ale fajnie tak wygląda moim zdaniem, zresztą zobaczcie sami (sorki za zdjęcie):


Dałam za niego coś koło 10zł.


Sweterek ombre. Uwielbiam go ale ostatnio coś przytyłam i jest mi strasznie obcisły :( dałam za niego ok 20zł, jak nowy!


Sukieneczka bordowa z wiązaniem na plecach. Dałam za nią 7-8zł.


Czarno-biały t-shirt. Kupiłam go za około 5zł.


Futrzana kamizelka ze ściągaczem. Uwielbiam ją! Dałam za nią 12zł. Zobaczcie jak się prezentuje na mnie:



Bluzka 3/4 w paski. Zwykła do jeansów. Za całe 2zł.


Białe szorty, pasujące idealnie do wszystkiego! 8zł


A tutaj cała jestem ubrana z lumepsiku. Koszula 2zł. Szorty jeansowe z przetarciami 8zł.


Czarna bluzka z frędzlami, idealna na wieczorne wyjścia. 6zł. Jak się przypatrzycie na ręce mam bransoletkę, kupiłam nowa z metkami za 2zł.


Taka sobie sukieneczka na jedno ramię za 2zł.


T-shirt w paski za 2zł.


Bordowa bluzka z guziczkami, znowu za 2zł.


Sukienka czarna z tiulem, kupiona nowa z metką za 30zł. Narzutka beżowa 6zł.

A teraz mini zakupy w Kiku:



Zawieszki serduszka już z serii świątecznej ale myślę, że są bardzo uniwersalne i spokojnie mogą wisieć cały rok. Musze znaleźć dla nich miejsce. Za sztukę dałam 0,79 euro, czyli u nas coś koło 3,49zł :)



Napis Home, dekoracja. Wyczajony na półce z przecenami przecen za 0,50 centa :) czyli około 2zł.

Kochane co myślicie o Lumpeksach? Lubicie szperać? Czy może nigdy nie byłyście i nie pójdziecie? Jak podobają Wam się moje łupy? Piszcie w komentarzach :)
Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.